TRÓJKOWY CZWARTEK
Grażyna Zabłocka
Z krakowskich (nie frankfurckich) targów Złotej kolekcji poezji
polskiej przyjechała Joanna Kulmowa na równie nastrojowe, jak w Piwnicy
pod Ratuszem, spotkanie z czytelnikami. Skupiając w ręku poetycką
władzę, rozwinęła w ciągu godziny siłę wyrazu i możliwości.Tak sobie
założyła, że będzie to Moja Pełnia, czyli wiersze lubiane.
Pierwszy człon tytułu objaśniła krótko: - Dotąd brano mnie cząstkowo
- lirycznie, groteskowo, dla dzieci, a więc byłam gorsza, spychana. Kto
pamięta wiersz "Mam serce świerszcza", rozumie, że
poetce trudno pogodzić się z tak przykrojonym wizerunkiem. W godzinie
myśli zadziwiła bogactwem brzmień i ról, zależnością od zmian księżyca
i zmian konstytucji, różnorodnością swych wierszy, tworzących wszakże harmonijną całość.
Rozdziały promowanej książki, która jest autorskim wyborem wierszy,
stopniują się:
- wiersze najbardziej lubiane na spotkaniach autorki z czytelnikami,
- wiersze najbardziej lubiane przez znajomych i przyjacioł autorki,
- najbardziej lubiane przez męża,
- czasami najbardziej lubiane przez autorkę.
Dla prowadzącej spotkanie, redaktor radiowego programu 3, Barbary Marcinik, znaczącym czytelnikiem był Jan Kulma. Pozwoliła małżonkom na dłuższy dialog, co wywołało zniecierpliwienie anonimowego słuchacza ("Możecie sobie państwo w domu porozmawiać, udzielcie nam głosu!").
Ale żaden ze słuchaczy nie wymyśliłby na poczekaniu takich aporem, jak mąż i żona (filozof- rzeźbiarz- muzyk i poetka- aktorka- reżyser).
Książka, którą przedstawiono, ma jeszcze jedną zaletę - czytelnikom w lesie i poza nim chowanym przypomina, co robi las.
Co robi las
Kiedy nie ma nas?
O! Las ma wtedy jak w niebie.
Bo las jest wtedy u siebie.
J. Kulmowa Moja Pełnia czyli wiersze lubiane, PIW, 2000.
Widowisko
Alicja Kołakowska
IV rok, Instytut Filozofii UW
Ucieszyłam się, gdy usłyszałam, że znowu w Podkowie Leśnej
będzie przedstawienie o uchodźcach.
17 czerwca w Pałacyku w parku obejrzałam widowisko teatralne
zatytułowane Azyl, jedno z kilku organizowanych w ramach III
Akcji Teatralnej Azyl 2000.
Bohaterami i aktorami tego widowiska byli uchodźcy. Przedstawieni
w ciągłym ruchu, w ciągłej podróży, z całym swym majątkiem na plecach.
Oto mieszkają obok siebie wyznawcy różnych religii, pochodzący z różnych
krajów. Nic ich nie łączy, prócz wygnania. Zmuszeni są żyć razem,
często nie umieją poradzić sobie z tym, co ich różni. Wybuchają wtedy
spory, kończące się czasem czyjąś śmiercią.
Bardzo podobała mi się forma przedstawienia - relacji na żywo, z ich
życia będącego podróżą. Również muzyka wykonywana przez aktorów
nadawała ton, stwarzała specyficzny klimat.
Ale pomimo tego całość mi się nie podobała.
Przede wszystkim miałam wrażenie, że jestem na jednej z pierwszych
prób, a nie na publicznym przedstawieniu. Widowisko było niedopracowane
i wszyscy poruszali się w zupełnym zagubieniu. Być może taki był
zamysł, aby pokazać właśnie ludzi zagubionych, nie zdążających w żadnym
konkretnym celu, ludzi "bezcelowych". Nie sądzę jednak, aby to się
powiodło, a cały ten zamęt tylko zdezorientował widzów.
Gdyby sztuka była staranniej dopracowana, to wówczas może
uwidoczniłaby się przypadkowość, determinująca w dużym stopniu życie
tych ludzi. A tak - całość wydała się chaotyczna,
rozmyta i to zagłuszało inne, interesujące aspekty przedstawienia.
Poza tym ogromna dezorganizacja i opóźnienia w czasie samego
spektaklu i później koncertu, również nie wpłynęły dobrze na ogólne
wrażenie, jakie pozostało mi po tym wieczorze.
PODKOWIAŃSKI MAGAZYN KULTURALNY —> spis treści numeru